Zyski większości butików w białostockich centrach handlowych są tak niskie, że właściciele do interesu dopłacają średnio 10-15 tys. zł. W galeriach handlowych trzymają ich często jedynie milionowe kary, które musieliby zapłacić za zerwanie umowy.
Galeria na osiedlu Zielone Wzgórza to jeden z pierwszych w Białymstoku dużych obiektów handlowych. Powstała pod koniec 2007 roku. Rozpędzona gospodarka i białostoczanie, którzy takie obiekty widzieli w innych miastach, to gwarantowało sukces. Lokalni przedsiębiorcy byli przekonani, że zarobią na handlu w galeriach wystarczająco dużo, by spłacić kredyty, które zaciągnęli na rozpoczęcie inwestycji i jeszcze normalnie żyć. Pchali się więc między giganty sieciowe do galerii. - Już w pierwszych miesiącach działalności zauważyliśmy, że coś jest nie tak, butiki nie przynoszą spodziewanych zysków. Wówczas sądziliśmy, że to z powodu fatalnej promocji naszego obiektu. Właściciel galerii, firma Carrefour, wprowadzała w życie nasze propozycje marketingowe i pocieszała, że rozkręcanie takiego biznesu zajmuje około roku - opowiadają najemcy.
Czekali i płakali
Dziś, po prawie półtora roku działalności, zamiast obrotów i tłumu klientów gonią ich wysokie czynsze, z którymi nie są w stanie sobie poradzić [za 150 metrów trzeba zapłacić 27 tys. zł, 200 metrów - 30 tys. zł]. Problemy potęguje również niestabilny kurs euro, w którym się rozliczają. Według ich kalkulacji dziś płacą za czynsz o jedną trzecią więcej niż w momencie podpisywania umów. Zyski w większości butików są tak niskie, że właściciele do interesu dopłacają średnio 10-15 tys. zł.
Handlowcy wycofać się z umowy nie mogą - choć bardzo by chcieli - ponieważ zobowiązali się do pięcioletniego, a niektórzy nawet dziesięcioletniego okresu wynajmu lokalu. Zrywając je musieliby płacić często milionowe kary.
- Jesteśmy lokalnymi przedsiębiorcami. Niektórzy z nas przenieśli się tu z ul. Lipowej i zamkniętego bazaru przy Jurowieckiej. Nie mamy pieniędzy na kary. Wprawdzie moglibyśmy ogłosić upadłość, ale to wiązałoby się z tym, że do końca życia nie dostaniemy nawet telewizora na raty - mówi Krzysztof Seroka, właściciel sklepu "Kontakt".
Wystawa zamiast sklepu
Wyprzedają majątek, zaciągają kolejne pożyczki i z przerażeniem obserwują "areszty sklepów". - Zjawia się pracownik Carrefoura, który posiada klucze do wszystkich lokali w galerii, i zamyka go. Odcina prąd, towar bierze pod zastaw długu. Dla nas to sygnał, że właściciel butiku przez trzy miesiące zalegał z czynszem. Już kilka takich sytuacji widzieliśmy - opowiada Aleksandra Sobolewska, która także handluje w tej galerii.
Przedsiębiorcy wiele razy próbowali rozmawiać z Carrefourem o obniżeniu czynszu. Proponowali koncernowi, by opłaty były uzależnione od wysokości zysków. Jednak ta jedna z największych sieci handlowych na świecie dotychczas była głucha na ich problemy. Wczoraj Maria Cieślikowska, rzecznik prasowy Carrefour, zapewniła nas, że szefostwu firmy zależy na dobrej kondycji przedsiębiorców, także tych w Białymstoku.
- W styczniu odbyły się dwa spotkania z najemcami. Wysłuchaliśmy ich propozycji i właśnie jesteśmy w trakcie dyskusji nad tymi pomysłami. Chcemy wyjść naprzeciw oczekiwaniom najemców rozważając także kontekst ekonomiczny. Do kolejnego spotkania dojdzie w lutym i wówczas postaramy się zaprezentować przedsiębiorcom naszą propozycję. Mamy nadzieję, że spełnią ich oczekiwania - powiedziała Cieślikowska.
Według przedsiębiorców postawa Carrefoura to granie na zwłokę. Dlatego postanowili nagłośnić swój problem i o kłopotach opowiedzieć władzom miasta. Tym bardziej że sprawa zbyt wysokich czynszów dotyczy nie tylko ich, ale również przedsiębiorców z pozostałych galerii w Białymstoku, m.in. Auchan, Biała, Alfa, Podlaskiej. Chcą oznakować sklepy, którym grozi bankructwo. Nie wykluczają również bardziej zaostrzonej akcji, łącznie z blokowaniem ulic.
- W takiej jak my sytuacji jest co najmniej kilkuset lokalnych przedsiębiorców. Jeśli zbankrutujemy, to pracę straci co najmniej tysiąc zatrudnionych przez nas białostoczan - mówi Tadeusz Twarowski, właściciel punktu "Kodak".
Zdesperowani handlowcy zrzeszyli się w stowarzyszenie "Najemcy z Centrum Handlowego Carrefour Galeria Zielone Wzgórza w Białymstoku", wynajęli kancelarię radcowską i postanowili walczyć z przeciwnikiem.
- Rzeczywistość od czasu podpisania przez nas umów zmieniła się radykalnie. Weszliśmy do strefy Schengen, euro poszło w górę i przede wszystkim pojawił się kryzys finansowy. Dlaczego tylko my mamy ponosić wszystkie konsekwencje obecnej sytuacji - narzeka kolejny biznesmen Andrzej Półkośnik ze sklepu "Pro Activ".
- Nie chcemy od nikogo pieniędzy. Oczekujemy jednak od władz miasta przede wszystkim zrozumienia, że wszystkim nam przyszło zmierzyć się z kryzysem. Uważamy, że trzeba natychmiast działać i ratować to, co jeszcze się da - dodaje Marcin Szandomierski, właściciel firmy Cool, która prowadzi w Białymstoku sklepy z odzieżą młodzieżową marki Moodo.
Pułapka dla przedsiębiorców
Tadeuszowi Truskolaskiemu, prezydentowi Białegostoku, problem przedsiębiorców nie jest obcy. Sam wielokrotnie wysłuchiwał ich narzekań. Dotychczas jednak nie interweniował.
- W dobie kryzysu globalnego sytuacja w handlu jest bardzo trudna. W tym konkretnie przypadku dodatkowym problemem stały się umowy, które okazały się dla białostockich przedsiębiorców swego rodzaju pułapką. Jeśli tylko będę mógł pomóc, na przykład pośrednicząc w rozmowach z ogromnymi koncernami, popierając postulaty przedsiębiorców, to oczywiście zrobię to. Obawiam się jednak, że moja opinia może nie być brana pod uwagę. Nie jesteśmy stroną w tej sprawie, więc możliwości interwencji są mocno ograniczone. Są to jednak mieszkańcy Białegostoku, stąd też nie odmawiam pomocy, jeżeli będzie ona potrzebna, a przede wszystkim będzie dawała nadzieję na polepszenie ich sytuacji.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
