Zaczęły się poświąteczne wyprzedaże. Bałagan i kolejki. Męża czasami lepiej zostawić na ławeczce, bo w sklepie tylko by się spocił.
Osoby, które spotkałam wczoraj w pasażu centrum handlowego, z grubsza mieściły się w dwóch kategoriach. W pierwszej były te, które kochają wyprzedaże, zaś w drugiej te, które przyszły, choć ich nienawidzą. - Bałagan, ubrania leżą na ziemi, nie ma się kogo poradzić, bo sprzedawczynie są zajęte przy kasie. A w kolejce i tak trzeba stać w nieskończoność! - denerwuje się dwunasta do kasy pani, najwidoczniej z tej drugiej grupy, która wczoraj kupiła satynową sukienkę. - Nie miałam wyjścia, potrzebowałam czegoś na sylwestra - tłumaczy, widząc moje zdziwienie. W kolejce do kasy licealistka Ola (też z tej samej kategorii) wzdycha, że tutaj i tak jest nieźle. - Kiedyś byłam na wyprzedaży w Paryżu. Ludzie mdleli w kolejce, załatwiali się w przymierzalniach. Koszmar - mówi.
Do kategorii niechętnych wyprzedażom zalicza się też większość sprzedawców. - Mamy więcej pracy, trzeba się dobrze zorganizować, inaczej sklep zaczyna przypominać "szperaczek". No i bywa, że klienci od tego czekania i przekreślonych cen, wśród których trzeba wypatrzyć aktualną, robią się nerwowi - przyznaje miła blondynka z obsługi jednego ze sklepów odzieżowych.
Wielbicieli wyprzedaży w tłumie znaleźć łatwo. To ci, którzy nie wyglądają jak po ciężkiej dniówce. Oni mają system. Kasia, Gosia, Agnieszka i jej syn Bartosz działają w rodzinnym zespole. - Bartosz donosi rzeczy, dziewczyny komentują albo szukają czegoś dla siebie. Tak jest szybciej, nie trzeba zwalniać przymierzalni - mówi Agnieszka. Przyznają, że za centrum handlowym przez święta się stęskniły. - Byłyśmy w Bieszczadach u rodziny, a tam nie ma co marzyć o sklepach. Wróciłyśmy od razu na zakupy - dodaje Kasia, od pięciu minut szczęśliwa posiadaczka wymarzonych spodni kupionych 30 proc. taniej.
Pani w czarnym płaszczu, spotkana w sklepie naprzeciwko, też jest wielbicielką obniżek. - Dostałam pod choinkę kopertę. Trzeba wydać jej zawartość - oświadcza, demonstrując sukienkę mężowi siedzącemu ze zrezygnowaną miną na ławeczce przed wejściem. - W sklepie on się zawsze poci - dodaje, jakby na jego usprawiedliwienie. Cieszy się, że wyszła wcześniej z pracy, bo dzięki temu nie musiała szukać miejsca na parkingu. Im później, tym trudniej. W poświąteczną sobotę i niedzielę przed Silesia City Center samochody parkowały nawet na pasach zieleni.
Pierwsze dni akcji wyprzedażowej ściągnęły do SCC tyle samo osób co przedświąteczna gorączka - o około 30 proc. więcej niż wynosi średnia. W innych centrach handlowych sytuacja była podobna. - Na czas świąteczno-sylwestrowy zdecydowaliśmy się zatrudnić dodatkowych pracowników do sprzątania i ochrony - mówi Justyna Bociąga z dąbrowskiej Pogorii. - Opisywana przez media recesja nie ma najwyraźniej wpływu na zakupowe przyzwyczajenia Polaków - komentuje Marek Thorz, rzecznik SCC.
Według socjologa prof. Marka Szczepańskiego na wyprzedaże przyciąga nas między innymi obietnica odniesienia sukcesu. - Mamy poczucie, że wygrywamy ze sklepem jakąś batalię, kupując coś taniej. To oczywiście iluzja, bo tak naprawdę sprzedawca robi wszystko, żeby starego towaru się pozbyć. Dla niego to kłopot - mówi.
Psycholog prof. Katarzyna Popiołek przyczyny widzi też w historii. - Wielu Polaków wciąż pamięta czas, kiedy nie można było kupić nic fajnego, i nadal cierpi na głód posiadania - mówi.
Chociaż sama wyprzedaży unika, jej wielbicielom się nie dziwi. - Dziś ludzie mają taki sposób spędzania wolnego czasu. Udział w kulturze kosztuje, a tu można rozerwać się, nie płacąc. Poza tym w centrum handlowym, pod jednym dachem z tysiącami innych, ludzie czują się mniej samotni - dodaje.
Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice
